niedziela, 25 kwietnia 2010

Maratony miejskie

Żeby nie było - jestem osobą, która w życiu ani razu nie przebiegła naokoło wielkiej krakowskiej łąki, czyli Błoń. Zasadniczo uważam, że sport szkodzi zdrowiu, i akceptuję tylko te formy ruchu, które bezpośrednio nie służą samemu ruszaniu się. Czyli na przykład chodzenie po górach, gdzie ruch odbywa się jakby mimochodem, czy jazda na rolkach, kiedy można prowadzić przyjemną konwersację, równocześnie pchając przed sobą wózek z potomkiem (podczas gdy mijają nas całe tabuny biegaczy z językami na wierzchu) albo na przykład taniec. Chociaż podziwiam determinację, kondycję i figurę biegaczy. Taki maraton to wisienka na torcie dla biegacza, nagroda za całoroczne treningi. Obserwowałam dziś taki maraton, falujące morze głów, ludzi podskakujących rytmicznie w oddali i zasuwających przed moimi oczami. Tegoroczny, IX Cracovia Maraton (42,195 km) zgromadził rekordową liczbę 3096 uczestników. Fajne jest uczucie współuczestnictwa w tym, co się wokół nas dzieje. Więc staliśmy sobie i biliśmy brawo przy trasie. Jeszcze nigdy w życiu nie usłyszałam tyle razy "dziękuję" w ciągu jednej godziny, nie mówiąc o machaniu i uśmiechach otrzymanych całkiem za darmo przez wycieńczonych przecież, a obcych zupełnie ludzi. Oczywiście ręce miałam czerwone jak buraki i łokcie też się później odezwały. Ale warto było dla tej wdzięczności. Taka miła odmiana od ustępowania miejsca staruszkom w autobusie.

W gruncie rzeczy zawsze chodzi o to samo. Żeby zejść trochę ze swojego pola i pozwolić tam wejść komuś innemu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz