czwartek, 28 października 2010

Światowy dzień makaronu

World Pasta Day
25 października

Statystyczny Włoch spożywa 26 kg makaronu rocznie. Czy to nie mało? Dla humanistów - policzyłam na kalkulatorze: to zaledwie 70 g dziennie! Śmiem twierdzić, że Polacy zjadają więcej klusek (klusków), oczywiście średnią krajową budują obeznani w kwestiach włoskiej (i tureckiej, ale tu nie ma to nic do rzeczy) gastronomii studenci, jak również tradycyjny, niedzielny rosołek. Więc czemu się tak chwalą tymi 26 kilogramami? Bo znaczna część światowego spożycia makaronu, które wzrosło o 1/3 w ciągu ostatnich lat, jest wynikiem właśnie propagandy-reklamy-marketingu! 

Najohydniejszy makaron, jaki w życiu jadłam, przygotowali włoscy goście na wspólnym polsko-włoskim Sylwestrze. Niesolony makaron z samym białym twarogiem i startą skórką z pomarańczy - błeeee. Nie dało się z tym nic zrobić, ani sól, ani cukier nie pasowałyby zarówno do nabiału jak i do wszechogarniającej pomarańczowej goryczy. Takiego czegoś się nie zapomina. Skąd mieliśmy siłę, by powiedzieć "pyszne"? Chyba z tego samego źródła, które pchało nas w kierunku tego miejsca w kuchni, gdzie można było dyskretnie zutylizować potrawę - a mianowicie z chęci podtrzymania przyjaźni włosko-polskiej.

Na drugim biegunie - spaghetti z brokułami i sosem śmietanowo-czosnkowym. Nawet mięso jest zbędne, a parmezan nie wytrzymuje konkurencji.

Ponadto: kluski teściowej, ręcznie robione, bez dwóch zdań. 
Oraz zapamiętane z dzieciństwa gwiazdeczki.

Trzeba pamiętać, że makaron to nie tylko pszenica! Ale i ryż, soja, maniok, słodkie ziemniaki...

Żółw rulez!

Żółwiki rządzą i już! Kiedy migrują, rozmnażają się, pędzą z jaja do wody, swobodnie unoszą na wodzie, z nadajnikiem lub bez. A te głupie ludzie rozstawiają sieci, usuwają nadajniki, zabijają dla skorupy lub mięsa, trzymają żółwiątka w zamknięciu, aby turyści za parę dolarów mogli je po kilku miesiącach niewoli wypuścić do morza, lub bestialsko odcinają płetwy...


Galeria żółwików do hodowli. Mnie najbardziej podoba się Pseudemys nelsoni i promienisty. Mata mata zdecydowanie nie, już wygląda, jakby coś po nim przejechało, a w dodatku nie jest mi go żal!!!

sobota, 23 października 2010

Wielki pączek

A teraz będzie bomba! Naprawdę! Pamiętacie reklamę, zaczynającą się do słów "Od dziecka lubiłem duże rzeczy..." No?? Ja tak mam! Oszalałam na widok pączka! Rewelacja! W centrum Mszany Dolnej (powiat limanowski), na skrzyżowaniu Krakowskiej, Piłsudskiego i Orkana, znajduje się punkt gastronomiczny "Wilk i Zając".
Zaś na jego dachu, ni mniej ni więcej, pączek. PĄCZEK!!! Gigant! Wyrośnięty, opieczony, z charakterystyczną białą obwódką i grubo za grubą warstwą pysznego lukru. Uwielbiam pączki i uwielbiam pomniki jedzenia, do tej pory słyszałam o dwóch pomnikach ziemniaka w Polsce (w Biesiekierzu i w Poznaniu). Nie cierpię metrowych lodów o trzech dziwacznie kolorowych gałkach, jakie się czasem zdarzają przy lodziarniach. Ale pączek robi rzeczywiście realistyczne wrażenie! 
Jakiś czas zastanawiałam się, jaki jest podział obowiązków w tym biznesie. Logicznie rozumując, wilk powinien odpowiadać za fast foody, a zając za łakocie, które są raczej bezmięsne i wywołują "miękkie" skojarzenia. Jak się okazuje, instynkt zareagował właściwie, ciacha (i pączki pewnie też), pieką aż dwa Zające, pani Maria i Pan Jerzy. A teraz uwaga: cukiernia zlokalizowana jest w Niedźwiedziu. Można się było tego spodziewać. Porządek w naturze zachowany.

PS. Moje ulubione:
(będę dopisywać nowe!)

Wielka kura - okolice Oamaru, Nowa Zelandia
Orzech pekan - Brunswick, Stany Zjednoczone, ewentualnie taki.
Pstrąg - Rakaia, Nowa Zelandia
Gigantyczna marchew (10 metrów) - Ohakune, Nowa Zelandia.
Owoce pestkowe - Cromwell, Nowa Zelandia
Lemoniada - Paeroa, Nowa Zelandia
Pierogi - Polatava, Ukraina
Orzech pistacjowy - Alamogordo, Stany Zjednoczone.
Widelec - gdzieś w Szwecji
Durian - Davao, Filipiny (od tyłu wygląda normalnie, jak durian; podobno na tym lotnisku jest też pomnik banana)
Langusta - Waipapa Bay, Nowa Zelandia (weźcie coś na serce, zanim to obejrzycie)
Banan - Houston, Stany Zjednoczone
Nowozelandzkie małże - Havelock, Nowa Zelandia (szukajcie budynku z garnkiem na dachu)

Poza konkurencją:

Pomnik ziemniaka - Biesiekierz k. Koszalina (o innych można poczytać tutaj)

Kolejne zgłoszenia mile widziane!

czwartek, 21 października 2010

Trzy Korony (982 m n. p. m.)

Chcecie zimy, jedźcie w góry. To miał być ostatni wypad w góry tej jesieni, a okazał się pierwszym tej zimy. Spokojnie wyszliśmy sobie z Krościenka, było pochmurno, ale znośnie. Od razu na początku trasy, zanim się przestraszyłam, że mogę się mylić, zjadłam cierpki owoc tarniny. Ruszamy. Rozzłocone buki przeplatają się ze zdystansowanymi iglakami. Po pół godzinie pojawia się pierwszy dla mnie śnieg tej zimy! Podekscytowanie. Po 10 minutach zaczyna wiać, smagać, kotłować się, zasiekać - śniegiem. Na polanie biało. Coś za wcześnie, jeszcze tyle liści nie opadło, jeszcze gdzieniegdzie zieleni się trawa, a tu już śnieg? Schowana za drzewem, tyłem do wiatru, zjadam pierwszą kanapkę. Atakujemy dalej. Pogoda wystraszyła obsługę punktu poboru opłat na Sokolnicy, choć to jeszcze październik, wchodzimy więc za darmo. I dobrze, bo kto by chciał dzisiaj za to płacić? Tuż przed punktem widokowym zdjęcie, jak widok powinien wyglądać. A tymczasem na Sokolicy (747 m n.p.m.) MLEKO. Sosna reliktowa jak się patrzy, Dunajca ni widu ni słychu. W dole po wierzchołkach iglaków ganiają się wiatry. Wydaje się w miarę blisko, ale nie jest. Ruszamy dalej. Śnieg sprawia, że drzewa wydają się tonąć w lekkiej mgle, jest bajecznie i jakby podwodnie. Pnie są imponującej wysokości. Co rusz mijamy punkty widokowe, zapewne umiejscowione w najbardziej malowniczych prześwitach, nad przepaściami, których dna nie widać, a tylko kwiaty koron drzew, ewentualnie. Śnieg się nie lepi, więc nie można rozładować resztek frustracji przywiezionych z miasta. Jest tak zimno, że zapach rozkładających się liści i śniegu przestaje być wyczuwalny. W końcu - jest prześwit! Jedna z przepaści została oswobodzona z chmur i przeciwległa góra, pozbawiona przez wiatr śniegu  na części drzewostanu, prezentuje się wspaniałym bukowym irokezem. Już wiadomo, że warto było iść, dla tego jednego widoku drzew w dolinie pokrytych śniegiem, choć pierwotnie byliśmy przekonani, że zastaniemy złotą polską jesień. Kolejny punkt widokowy pozwala nam obejrzeć Sokolicę w całej wczesnozimowej okazałości. To niesamowite, że staliśmy na krawędzi tego kła i nic nie mogliśmy zobaczyć. Później przekonamy się, że długi czas szliśmy grzbietem podobnej stromizny, nie mając świadomości ukrytego piękna tego miejsca. W ostatnim puncie widokowym, dodatkowo, pojawia się niebo. Prawdziwy niebieski kawałek w całym tym zachmurzeniu. Przy kolejnej przełęczy decydujemy się atakować Trzy Korony. Krajobraz jest zadziwiający, wszędzie biało, ale liście ścielą się gęsto. Na polance, po nieco zastygniętej warstwie śniegu, co bardziej okrągłe liście turlają się i podskakują, jakby to była dziecięca zabawa. Słońce zagląda nam w oczy, zaczynamy mieć szaleńczą nadzieję, że wyschną rękawiczki, że spodnie wyschną (nie, o butach nie ma mowy), że będzie można wyjąć ręce z tych rękawiczek i zrobić jakieś zdjęcie, wreszcie, że z Trzech Koron będzie coś widać. Idziemy z Bańkowego Gronika, pięknym półtoragodzinnym szlakiem, pełnym ławeczek, polanek i widoków. W porównaniu z niedawną zawieją, ten szlak to jak spacerek po tęczy. Do jałowców z większością zielonych jagód, które nie zdążyły dojrzeć, i z kilkoma niebieskimi o całkiem przyjemnym smaku, wrócę jeszcze w drodze powrotnej. Najpiękniejsza przełęcz nazywa się Szopka (albo Chwała Bogu). Cudowny widok na lewo i na prawo, ale jest tak potwornie zimno i wietrznie, że zmykamy schować się w punkcie poboru opłat za wejście na szczyt. Czekamy, aż przejdzie chmurzysko. Kanapki czekają z nami, przynajmniej do pewnego momentu. Idziemy! Metalowy pomost prowadzi wprost w przestworza, tymczasowo przyszpilone do wierzchołka skały. Widok niesamowity. Modlitwy zostały wysłuchane, chmury daleko, daleko, nad innymi pasmami. Wieje przeraźliwie, zamiast palców ból, ale widoki!!! Skały, czerwono-złote liściaste, posrebrzane iglaki, śnieg, feria kolorów, chmury na horyzoncie zmieniają się co chwila, światło pulsuje. Dunajec wreszcie widoczny, Jezioro Czorsztyńskie, Sromowce Niżne. Wokół pełno zadziornych szczytów gór z charakterem, Sokolica wygląda już na całkiem małą i niegroźną. Trzy Korony (982 m n.p.m.) zdobyte!

Jak zwykle każda taka wyprawa wzbudza przemyślenia natury egzystencjalnej, może to przez brak emocji wywoływanych zazwyczaj przez przedstawicieli tego samego gatunku, może przez kontakt z innymi gatunkami roślinnymi i zwierzęcymi i tzw. całokształtem otoczenia, a może  po prostu przez odmienny stan umysłu spowodowany nadmierną ilością tlenu (w podręcznikach figurującą jako norma, ale w mieście życie jest brutalne). Więc: idziemy przez życie pośród trudności, i czasami zapominamy, że to co one przysłaniają, ciągle jest piękne i wartościowe. Trzeba nieustannie mieć świadomość tego, że szczyt i widok z przełęczy istnieją. Nawet jeśli z punktu widokowego nie dostrzegamy niczego, wiemy, że za zasłoną jest coś niewyobrażalnie pięknego. Potrzeba tylko tej pewności wiary, która da cierpliwość i radość, nie tylko z celu, ale i z drogi. I wreszcie, nawet w czasie zamieci trzeba posuwać się naprzód w wyznaczonym kierunku, szukając pewnych drogowskazów, takich, które prowadzą do celu, czyli nie oszukują. Zważać na każdy krok. I jeszcze jedno - jeżeli dwie osoby podążają tym samym szlakiem, o wiele wiele trudniej jest się zgubić.

Podsumowując wyprawę: piękne, przyjemne szlaki, dobrze przygotowane i oznakowane, cudowne widoki (o ile są), ciekawe szczyty skumulowane blisko siebie. Koniecznie wrócić w Pieniny właściwe, a jeszcze lepiej wejść na Wysoką, najwyższy szczyt Pienin. 

czwartek, 14 października 2010

Języki świata

Dziś dzień niczym niezmąconego zadowolenia z  samej siebie. Napiwek od Japończyków za zrobienie omleta rozbawił mnie do tego stopnia, że nawet zapominając o dodaniu pietruszki do krewetek 16/20, myślałam tylko o tym, że nikt nie przyrządza tak wspaniałych krewetek jak ja. W swojej naiwności myślałam też, że skoro uczyłam się w życiu trzech języków, których nazwy w języku polskim zaczynają się na literę "h", to już dużo, gdyby spojrzeć na ogólną liczbę języków na "h". Tymczasem na stronie Ethnologue. Languages of the world  jest tego trochę. I tak jestem wyjątkowa.

Obwarzanek

The Wall Street Journal wydał mnóstwo kasy, żeby wytłumaczyć Amerykanom, że obwarzanek to nie bajgiel, a bajgiel to nie obwarzanek. Konieczna była osobista kwerenda i, zapewne, degustacja w samym, byłym stołecznym, a chyba ciągle królewskim, jeśli się przyjrzeć brukowi historycznego centrum, mieście Krakowie. Teraz łatwo będzie można wyłapać polonofilów wśród amerykańskich ignorantów, skoro już wiadomo, że obwarzanek to bajgiel, tylko że... po polsku i polski.

Artykuł na temat nurtującej natury wypieku z dziurą.

piątek, 1 października 2010

Ocean to wielka woda całkowicie otoczona przez kłopoty.

Olgierd Budrewicz, Druga strona Księżyca. Przygody na wyspach Pacyfiku, Warszawa 2004, s. 12.