
Chcecie zimy, jedźcie w góry. To miał być ostatni wypad w góry tej jesieni, a okazał się pierwszym tej zimy. Spokojnie wyszliśmy sobie z Krościenka, było pochmurno, ale znośnie. Od razu na początku trasy, zanim się przestraszyłam, że mogę się mylić, zjadłam cierpki owoc tarniny. Ruszamy. Rozzłocone buki przeplatają się ze zdystansowanymi iglakami. Po pół godzinie pojawia się pierwszy dla mnie śnieg tej zimy! Podekscytowanie. Po 10 minutach zaczyna wiać, smagać, kotłować się, zasiekać - śniegiem. Na polanie biało. Coś za wcześnie, jeszcze tyle liści nie opadło, jeszcze gdzieniegdzie zieleni się trawa, a tu już śnieg? Schowana za drzewem, tyłem do wiatru, zjadam pierwszą kanapkę. Atakujemy dalej. Pogoda wystraszyła obsługę punktu poboru opłat na Sokolnicy, choć to jeszcze październik, wchodzimy więc za darmo. I dobrze, bo kto by chciał dzisiaj za to płacić? Tuż przed punktem widokowym zdjęcie, jak widok powinien wyglądać. A tymczasem na
Sokolicy (747 m n.p.m.) MLEKO. Sosna reliktowa jak się patrzy, Dunajca ni widu ni słychu. W dole po wierzchołkach iglaków ganiają się wiatry. Wydaje się w miarę blisko, ale nie jest. Ruszamy dalej. Śnieg sprawia, że drzewa wydają się tonąć w lekkiej mgle, jest bajecznie i jakby podwodnie. Pnie są imponującej wysokości. Co rusz mijamy punkty widokowe, zapewne umiejscowione w najbardziej malowniczych prześwitach, nad przepaściami, których dna nie widać, a tylko kwiaty koron drzew, ewentualnie. Śnieg się nie lepi, więc nie można rozładować resztek frustracji przywiezionych z miasta. Jest tak zimno, że zapach rozkładających się liści i śniegu przestaje być wyczuwalny. W końcu - jest prześwit! Jedna z przepaści została oswobodzona z chmur i przeciwległa góra, pozbawiona przez wiatr śniegu na części drzewostanu, prezentuje się wspaniałym bukowym irokezem. Już wiadomo, że warto było iść, dla tego jednego widoku drzew w dolinie pokrytych śniegiem, choć pierwotnie byliśmy przekonani, że zastaniemy złotą polską jesień. Kolejny punkt widokowy pozwala nam obejrzeć Sokolicę w całej wczesnozimowej okazałości. To niesamowite, że staliśmy na krawędzi tego kła i nic nie mogliśmy zobaczyć. Później przekonamy się, że długi czas szliśmy grzbietem podobnej stromizny, nie mając świadomości ukrytego piękna tego miejsca. W ostatnim puncie widokowym, dodatkowo, pojawia się niebo. Prawdziwy niebieski kawałek w całym tym zachmurzeniu. Przy kolejnej przełęczy decydujemy się atakować Trzy Korony. Krajobraz jest zadziwiający, wszędzie biało, ale liście ścielą się gęsto. Na polance, po nieco zastygniętej warstwie śniegu, co bardziej okrągłe liście turlają się i podskakują, jakby to była dziecięca zabawa. Słońce zagląda nam w oczy, zaczynamy mieć szaleńczą nadzieję, że wyschną rękawiczki, że spodnie wyschną (nie, o butach nie ma mowy), że będzie można wyjąć ręce z tych rękawiczek i zrobić jakieś zdjęcie, wreszcie, że z Trzech Koron będzie coś widać. Idziemy z Bańkowego Gronika, pięknym półtoragodzinnym szlakiem, pełnym ławeczek, polanek i widoków. W porównaniu z niedawną zawieją, ten szlak to jak spacerek po tęczy. Do jałowców z większością zielonych jagód, które nie zdążyły dojrzeć, i z kilkoma niebieskimi o całkiem przyjemnym smaku, wrócę jeszcze w drodze powrotnej. Najpiękniejsza przełęcz nazywa się Szopka (albo Chwała Bogu). Cudowny widok na lewo i na prawo, ale jest tak potwornie zimno i wietrznie, że zmykamy schować się w punkcie poboru opłat za wejście na szczyt. Czekamy, aż przejdzie chmurzysko. Kanapki czekają z nami, przynajmniej do pewnego momentu. Idziemy! Metalowy pomost prowadzi wprost w przestworza, tymczasowo przyszpilone do wierzchołka skały. Widok niesamowity. Modlitwy zostały wysłuchane, chmury daleko, daleko, nad innymi pasmami. Wieje przeraźliwie, zamiast palców ból, ale widoki!!! Skały, czerwono-złote liściaste, posrebrzane iglaki, śnieg, feria kolorów, chmury na horyzoncie zmieniają się co chwila, światło pulsuje. Dunajec wreszcie widoczny, Jezioro Czorsztyńskie, Sromowce Niżne. Wokół pełno zadziornych szczytów gór z charakterem, Sokolica wygląda już na całkiem małą i niegroźną.
Trzy Korony (982 m n.p.m.) zdobyte!
Jak zwykle każda taka wyprawa wzbudza przemyślenia natury egzystencjalnej, może to przez brak emocji wywoływanych zazwyczaj przez przedstawicieli tego samego gatunku, może przez kontakt z innymi gatunkami roślinnymi i zwierzęcymi i tzw. całokształtem otoczenia, a może po prostu przez odmienny stan umysłu spowodowany nadmierną ilością tlenu (w podręcznikach figurującą jako norma, ale w mieście życie jest brutalne). Więc: idziemy przez życie pośród trudności, i czasami zapominamy, że to co one przysłaniają, ciągle jest piękne i wartościowe. Trzeba nieustannie mieć świadomość tego, że szczyt i widok z przełęczy istnieją. Nawet jeśli z punktu widokowego nie dostrzegamy niczego, wiemy, że za zasłoną jest coś niewyobrażalnie pięknego. Potrzeba tylko tej pewności wiary, która da cierpliwość i radość, nie tylko z celu, ale i z drogi. I wreszcie, nawet w czasie zamieci trzeba posuwać się naprzód w wyznaczonym kierunku, szukając pewnych drogowskazów, takich, które prowadzą do celu, czyli nie oszukują. Zważać na każdy krok. I jeszcze jedno - jeżeli dwie osoby podążają tym samym szlakiem, o wiele wiele trudniej jest się zgubić.
Podsumowując wyprawę: piękne, przyjemne szlaki, dobrze przygotowane i oznakowane, cudowne widoki (o ile są), ciekawe szczyty skumulowane blisko siebie. Koniecznie wrócić w Pieniny właściwe, a jeszcze lepiej wejść na Wysoką, najwyższy szczyt Pienin.