środa, 17 listopada 2010

Komu bije dzwon?

          Hemingway sam by tego nie wymyślił - po prostu sztuka jest ponadczasowa. Rozważania nad naturą wielkich półokrągłych pojemników (które WCALE nie przypominają mi dzwonów) na segregowane śmieci, przywołały mi ów tekst amerykańskiego pisarza. Jeśli ktoś nie pamięta (bo mnie też się zapomniało), to autorem tych słów jest XVII-wieczny poeta angielski, John Donne. 
          Wróćmy jednak do odpadów. Mnie zdecydowanie te "dzwony" biją od jakiegoś czasu. W miniaturowym mieszkanku rezyduje wielka reklamówka, ta sama od kilku miesięcy. Ląduje w niej wszystko co da się rozdzielić na papier, metal, plastik lub szkło, jest suche i czyste. Nie, nie ma tak łatwo: kubeczki po jogurtach i tubki po szamponie same się przecież nie myją, od szklanych fiolek trzeba oddzielić plastikowe nakrętki, z czasopism powyjmować metalowe spinacze. Dobrze się też trzeba zastanowić, za kilkoma pierwszymi razami, czy kupić mleko w zabójczym metalowo-papierowym, niemożliwym do podzielenia na czynniki pierwsze, opakowaniu, czy też w całkowicie plastikowym worku lub butelce, którą wystarczy potem umyć i jeszcze można oddać zakrętkę na cele charytatywne. 
           Taka reklamówka zajmuje sporo miejsca (mimo obowiązkowego zgniatania odpadów) objętościowo dwa razy więcej od zwykłego kosza, w którym lądują tylko rozkładające się resztki. I który napełnia się bardzo wolno, odkąd segregujemy. Szczerze mówiąc, zaczyna mi się marzyć kompostownik, dla mieszczuchów są takie specjalne miniaturowe, hermetyczne, bokashi. Można by hodować zieleninę na parapecie. Własną, organiczną. Zjadam i jestem zjadany. Jedność wszechświata. Chyba mi skoncetrowany nawóz uderza do głowy. Ale przecież to wszystko jest możliwe. 

NIEBIESKIE pojemniki, moje ulubione, PAPIER: gazety, zeszyty, notatki, ulotki, katalogi, opakowania papierowe, etykiety z plastikowych butelek, fiszki. Ważne: papier musi być suchy i czysty, pozbawiony plam tłuszczu, pleśni, resztek jedzenia, klejów, farb; nie może być połączony z innymi materiałami np. folią, tekstyliami, elementami metalowymi.

ŻÓŁTE pojemniki: zniecione i wzlędnie czyste (nie tłuste!!!) TWORZYWA SZTUCZNE i METAL: plastikowe butelki po napojach, opakowania plastikowe po środkach czystości (ale nie po tłustych olejach ani po środkach owadobójczych), plastikowe opakowania po jedzeniu (jogurty, margaryna, ser plastrowany, serek do smarowania, jednorazowe opakowania i sztućce), puszki po konserwach i napojach, drobne metalowe odpady, odpady wielomateriałowe (jak kartony po sokach i mleku), ALE NIE: styropian, urządzenia AGD, pieluchy...

BIAŁE pojemniki, SZKŁO BEZBARWNE: tylko opakowania typu butelki i słoiki, po musztardzie, ogórkach, sałatce, dżemie, lekarstwach. Ważne: odpady szklane nie muszą być super czyste i mogą mieć papierową etykietę, nie mogą natomiast zawierać żadnych części plastikowych ani metalowych! Absolutnie nie należy wrzucać szklanek, kieliszków, termometrów, szyb, luster, porcelany, potłuczonej zastawy stołowej ani żarówek.

ZIELONE pojemniki, SZKŁO KOLOROWE: j.w., tylko szkło opakowaniowe.

Szczegółowa instrukcja segregacji znajduje się tutaj, a jeszcze bardziej szczegółowa tu.

Ja się nawet nie pytam, komu bije dzwon. Ja wiem, że bije on Tobie!

Wakacyjne wspomnienia - marmolada figowa

Dawno to było, będzie ze dwa lata, odkąd przywieźliśmy z Bośni macedońską cudowną marmoladę figową. Smak i konsystencja kubek w kubek jak to, co znajdujemy we wnętrzu suszonej figi. Słodycz, miód, ziarenkowe niespodzianki tylko straszące zjadacza, a tak naprawdę uczące pokory i cierpliwości. Rewelacja, samo słońce. Dobrze chyba, że nie otworzyliśmy jej wcześniej, bo litrowy słój zajął nam jakieś dwa tygodnie (staraliśmy się ograniczać do śniadań). Niechybny to znak, że najwyższy czas na wakacje. Mamy szczęście - zanim to nastąpi, przetrwamy o chorwackiej marmoladzie z róży. O ile otworzymy ją tydzień przed wyjazdem.

Niebo atakuje

Oszałamiający listopadowy zachód słońca, niestety w mieście.
A chwilę później i dalej już spokojniejsze chmury w równie niesamowitych barwach.

czwartek, 4 listopada 2010

"Nie ma nic bardziej praktycznego w kuchni, niż dobrze wypełnione pudełko na ciasteczka."

No! To jest moja filozofia!

Czy ty nie możesz zrobić nic zwykłego?

Uahahahaha. Ale się dziś koledzy uśmiali, zastanawiając się, co też dzisiaj ugotowałam na obiad. Typowali coś w stylu "pikantnych kotlecików zawijanych w liście bananowe, podanych z sosem kokosowym i papają". Cudzysłów jest tu istotny - wyraża nieskrywaną ironię i drwinę. Cóż, dzisiaj na obiad było zwyczajne sushi.

Nie, nie potrafię ugotować "czegoś zwykłego". Nie umiem nie zmienić przepisu. Nie lubię gotować żurków, grochówek, schabowych. Mieszankę przypraw do kurczaka kupiłam w nadziei, że może się do czegoś przyda coś, co jest powszechne w polskich kuchniach. Stoi sobie nietknięta obok szafranu i kolendry - niemielonej. 

Dawno, dawno temu, ale nie tak wiele kuchni wstecz, spowodowałam wielką aferę (w sumie spowodował ją cukiernik-dyktator), dodając goździki do szarlotki. "Kto dodaje goździki do szarlotki?!" - pytano. Hm, ja dodaję zawsze... A wy nie?! Wstyd, czy nie, tego dnia otrzymałam ciasteczko z wróżbą, mówiące mniej więcej: Rób to, co uważasz za słuszne, chociażby inni tego nie rozumieli, a osiągniesz sukces. 

Więc zamiast się dziwić, spróbujcie dziś zagęścić zupę pomidorową mąką wymieszaną z mlekiem kokosowym. Całkiem inny świat.

PS. Kwiatek jest na przekór znudzonym życiem;-)

czwartek, 28 października 2010

Światowy dzień makaronu

World Pasta Day
25 października

Statystyczny Włoch spożywa 26 kg makaronu rocznie. Czy to nie mało? Dla humanistów - policzyłam na kalkulatorze: to zaledwie 70 g dziennie! Śmiem twierdzić, że Polacy zjadają więcej klusek (klusków), oczywiście średnią krajową budują obeznani w kwestiach włoskiej (i tureckiej, ale tu nie ma to nic do rzeczy) gastronomii studenci, jak również tradycyjny, niedzielny rosołek. Więc czemu się tak chwalą tymi 26 kilogramami? Bo znaczna część światowego spożycia makaronu, które wzrosło o 1/3 w ciągu ostatnich lat, jest wynikiem właśnie propagandy-reklamy-marketingu! 

Najohydniejszy makaron, jaki w życiu jadłam, przygotowali włoscy goście na wspólnym polsko-włoskim Sylwestrze. Niesolony makaron z samym białym twarogiem i startą skórką z pomarańczy - błeeee. Nie dało się z tym nic zrobić, ani sól, ani cukier nie pasowałyby zarówno do nabiału jak i do wszechogarniającej pomarańczowej goryczy. Takiego czegoś się nie zapomina. Skąd mieliśmy siłę, by powiedzieć "pyszne"? Chyba z tego samego źródła, które pchało nas w kierunku tego miejsca w kuchni, gdzie można było dyskretnie zutylizować potrawę - a mianowicie z chęci podtrzymania przyjaźni włosko-polskiej.

Na drugim biegunie - spaghetti z brokułami i sosem śmietanowo-czosnkowym. Nawet mięso jest zbędne, a parmezan nie wytrzymuje konkurencji.

Ponadto: kluski teściowej, ręcznie robione, bez dwóch zdań. 
Oraz zapamiętane z dzieciństwa gwiazdeczki.

Trzeba pamiętać, że makaron to nie tylko pszenica! Ale i ryż, soja, maniok, słodkie ziemniaki...

Żółw rulez!

Żółwiki rządzą i już! Kiedy migrują, rozmnażają się, pędzą z jaja do wody, swobodnie unoszą na wodzie, z nadajnikiem lub bez. A te głupie ludzie rozstawiają sieci, usuwają nadajniki, zabijają dla skorupy lub mięsa, trzymają żółwiątka w zamknięciu, aby turyści za parę dolarów mogli je po kilku miesiącach niewoli wypuścić do morza, lub bestialsko odcinają płetwy...


Galeria żółwików do hodowli. Mnie najbardziej podoba się Pseudemys nelsoni i promienisty. Mata mata zdecydowanie nie, już wygląda, jakby coś po nim przejechało, a w dodatku nie jest mi go żal!!!

sobota, 23 października 2010

Wielki pączek

A teraz będzie bomba! Naprawdę! Pamiętacie reklamę, zaczynającą się do słów "Od dziecka lubiłem duże rzeczy..." No?? Ja tak mam! Oszalałam na widok pączka! Rewelacja! W centrum Mszany Dolnej (powiat limanowski), na skrzyżowaniu Krakowskiej, Piłsudskiego i Orkana, znajduje się punkt gastronomiczny "Wilk i Zając".
Zaś na jego dachu, ni mniej ni więcej, pączek. PĄCZEK!!! Gigant! Wyrośnięty, opieczony, z charakterystyczną białą obwódką i grubo za grubą warstwą pysznego lukru. Uwielbiam pączki i uwielbiam pomniki jedzenia, do tej pory słyszałam o dwóch pomnikach ziemniaka w Polsce (w Biesiekierzu i w Poznaniu). Nie cierpię metrowych lodów o trzech dziwacznie kolorowych gałkach, jakie się czasem zdarzają przy lodziarniach. Ale pączek robi rzeczywiście realistyczne wrażenie! 
Jakiś czas zastanawiałam się, jaki jest podział obowiązków w tym biznesie. Logicznie rozumując, wilk powinien odpowiadać za fast foody, a zając za łakocie, które są raczej bezmięsne i wywołują "miękkie" skojarzenia. Jak się okazuje, instynkt zareagował właściwie, ciacha (i pączki pewnie też), pieką aż dwa Zające, pani Maria i Pan Jerzy. A teraz uwaga: cukiernia zlokalizowana jest w Niedźwiedziu. Można się było tego spodziewać. Porządek w naturze zachowany.

PS. Moje ulubione:
(będę dopisywać nowe!)

Wielka kura - okolice Oamaru, Nowa Zelandia
Orzech pekan - Brunswick, Stany Zjednoczone, ewentualnie taki.
Pstrąg - Rakaia, Nowa Zelandia
Gigantyczna marchew (10 metrów) - Ohakune, Nowa Zelandia.
Owoce pestkowe - Cromwell, Nowa Zelandia
Lemoniada - Paeroa, Nowa Zelandia
Pierogi - Polatava, Ukraina
Orzech pistacjowy - Alamogordo, Stany Zjednoczone.
Widelec - gdzieś w Szwecji
Durian - Davao, Filipiny (od tyłu wygląda normalnie, jak durian; podobno na tym lotnisku jest też pomnik banana)
Langusta - Waipapa Bay, Nowa Zelandia (weźcie coś na serce, zanim to obejrzycie)
Banan - Houston, Stany Zjednoczone
Nowozelandzkie małże - Havelock, Nowa Zelandia (szukajcie budynku z garnkiem na dachu)

Poza konkurencją:

Pomnik ziemniaka - Biesiekierz k. Koszalina (o innych można poczytać tutaj)

Kolejne zgłoszenia mile widziane!

czwartek, 21 października 2010

Trzy Korony (982 m n. p. m.)

Chcecie zimy, jedźcie w góry. To miał być ostatni wypad w góry tej jesieni, a okazał się pierwszym tej zimy. Spokojnie wyszliśmy sobie z Krościenka, było pochmurno, ale znośnie. Od razu na początku trasy, zanim się przestraszyłam, że mogę się mylić, zjadłam cierpki owoc tarniny. Ruszamy. Rozzłocone buki przeplatają się ze zdystansowanymi iglakami. Po pół godzinie pojawia się pierwszy dla mnie śnieg tej zimy! Podekscytowanie. Po 10 minutach zaczyna wiać, smagać, kotłować się, zasiekać - śniegiem. Na polanie biało. Coś za wcześnie, jeszcze tyle liści nie opadło, jeszcze gdzieniegdzie zieleni się trawa, a tu już śnieg? Schowana za drzewem, tyłem do wiatru, zjadam pierwszą kanapkę. Atakujemy dalej. Pogoda wystraszyła obsługę punktu poboru opłat na Sokolnicy, choć to jeszcze październik, wchodzimy więc za darmo. I dobrze, bo kto by chciał dzisiaj za to płacić? Tuż przed punktem widokowym zdjęcie, jak widok powinien wyglądać. A tymczasem na Sokolicy (747 m n.p.m.) MLEKO. Sosna reliktowa jak się patrzy, Dunajca ni widu ni słychu. W dole po wierzchołkach iglaków ganiają się wiatry. Wydaje się w miarę blisko, ale nie jest. Ruszamy dalej. Śnieg sprawia, że drzewa wydają się tonąć w lekkiej mgle, jest bajecznie i jakby podwodnie. Pnie są imponującej wysokości. Co rusz mijamy punkty widokowe, zapewne umiejscowione w najbardziej malowniczych prześwitach, nad przepaściami, których dna nie widać, a tylko kwiaty koron drzew, ewentualnie. Śnieg się nie lepi, więc nie można rozładować resztek frustracji przywiezionych z miasta. Jest tak zimno, że zapach rozkładających się liści i śniegu przestaje być wyczuwalny. W końcu - jest prześwit! Jedna z przepaści została oswobodzona z chmur i przeciwległa góra, pozbawiona przez wiatr śniegu  na części drzewostanu, prezentuje się wspaniałym bukowym irokezem. Już wiadomo, że warto było iść, dla tego jednego widoku drzew w dolinie pokrytych śniegiem, choć pierwotnie byliśmy przekonani, że zastaniemy złotą polską jesień. Kolejny punkt widokowy pozwala nam obejrzeć Sokolicę w całej wczesnozimowej okazałości. To niesamowite, że staliśmy na krawędzi tego kła i nic nie mogliśmy zobaczyć. Później przekonamy się, że długi czas szliśmy grzbietem podobnej stromizny, nie mając świadomości ukrytego piękna tego miejsca. W ostatnim puncie widokowym, dodatkowo, pojawia się niebo. Prawdziwy niebieski kawałek w całym tym zachmurzeniu. Przy kolejnej przełęczy decydujemy się atakować Trzy Korony. Krajobraz jest zadziwiający, wszędzie biało, ale liście ścielą się gęsto. Na polance, po nieco zastygniętej warstwie śniegu, co bardziej okrągłe liście turlają się i podskakują, jakby to była dziecięca zabawa. Słońce zagląda nam w oczy, zaczynamy mieć szaleńczą nadzieję, że wyschną rękawiczki, że spodnie wyschną (nie, o butach nie ma mowy), że będzie można wyjąć ręce z tych rękawiczek i zrobić jakieś zdjęcie, wreszcie, że z Trzech Koron będzie coś widać. Idziemy z Bańkowego Gronika, pięknym półtoragodzinnym szlakiem, pełnym ławeczek, polanek i widoków. W porównaniu z niedawną zawieją, ten szlak to jak spacerek po tęczy. Do jałowców z większością zielonych jagód, które nie zdążyły dojrzeć, i z kilkoma niebieskimi o całkiem przyjemnym smaku, wrócę jeszcze w drodze powrotnej. Najpiękniejsza przełęcz nazywa się Szopka (albo Chwała Bogu). Cudowny widok na lewo i na prawo, ale jest tak potwornie zimno i wietrznie, że zmykamy schować się w punkcie poboru opłat za wejście na szczyt. Czekamy, aż przejdzie chmurzysko. Kanapki czekają z nami, przynajmniej do pewnego momentu. Idziemy! Metalowy pomost prowadzi wprost w przestworza, tymczasowo przyszpilone do wierzchołka skały. Widok niesamowity. Modlitwy zostały wysłuchane, chmury daleko, daleko, nad innymi pasmami. Wieje przeraźliwie, zamiast palców ból, ale widoki!!! Skały, czerwono-złote liściaste, posrebrzane iglaki, śnieg, feria kolorów, chmury na horyzoncie zmieniają się co chwila, światło pulsuje. Dunajec wreszcie widoczny, Jezioro Czorsztyńskie, Sromowce Niżne. Wokół pełno zadziornych szczytów gór z charakterem, Sokolica wygląda już na całkiem małą i niegroźną. Trzy Korony (982 m n.p.m.) zdobyte!

Jak zwykle każda taka wyprawa wzbudza przemyślenia natury egzystencjalnej, może to przez brak emocji wywoływanych zazwyczaj przez przedstawicieli tego samego gatunku, może przez kontakt z innymi gatunkami roślinnymi i zwierzęcymi i tzw. całokształtem otoczenia, a może  po prostu przez odmienny stan umysłu spowodowany nadmierną ilością tlenu (w podręcznikach figurującą jako norma, ale w mieście życie jest brutalne). Więc: idziemy przez życie pośród trudności, i czasami zapominamy, że to co one przysłaniają, ciągle jest piękne i wartościowe. Trzeba nieustannie mieć świadomość tego, że szczyt i widok z przełęczy istnieją. Nawet jeśli z punktu widokowego nie dostrzegamy niczego, wiemy, że za zasłoną jest coś niewyobrażalnie pięknego. Potrzeba tylko tej pewności wiary, która da cierpliwość i radość, nie tylko z celu, ale i z drogi. I wreszcie, nawet w czasie zamieci trzeba posuwać się naprzód w wyznaczonym kierunku, szukając pewnych drogowskazów, takich, które prowadzą do celu, czyli nie oszukują. Zważać na każdy krok. I jeszcze jedno - jeżeli dwie osoby podążają tym samym szlakiem, o wiele wiele trudniej jest się zgubić.

Podsumowując wyprawę: piękne, przyjemne szlaki, dobrze przygotowane i oznakowane, cudowne widoki (o ile są), ciekawe szczyty skumulowane blisko siebie. Koniecznie wrócić w Pieniny właściwe, a jeszcze lepiej wejść na Wysoką, najwyższy szczyt Pienin. 

czwartek, 14 października 2010

Języki świata

Dziś dzień niczym niezmąconego zadowolenia z  samej siebie. Napiwek od Japończyków za zrobienie omleta rozbawił mnie do tego stopnia, że nawet zapominając o dodaniu pietruszki do krewetek 16/20, myślałam tylko o tym, że nikt nie przyrządza tak wspaniałych krewetek jak ja. W swojej naiwności myślałam też, że skoro uczyłam się w życiu trzech języków, których nazwy w języku polskim zaczynają się na literę "h", to już dużo, gdyby spojrzeć na ogólną liczbę języków na "h". Tymczasem na stronie Ethnologue. Languages of the world  jest tego trochę. I tak jestem wyjątkowa.

Obwarzanek

The Wall Street Journal wydał mnóstwo kasy, żeby wytłumaczyć Amerykanom, że obwarzanek to nie bajgiel, a bajgiel to nie obwarzanek. Konieczna była osobista kwerenda i, zapewne, degustacja w samym, byłym stołecznym, a chyba ciągle królewskim, jeśli się przyjrzeć brukowi historycznego centrum, mieście Krakowie. Teraz łatwo będzie można wyłapać polonofilów wśród amerykańskich ignorantów, skoro już wiadomo, że obwarzanek to bajgiel, tylko że... po polsku i polski.

Artykuł na temat nurtującej natury wypieku z dziurą.

piątek, 1 października 2010

Ocean to wielka woda całkowicie otoczona przez kłopoty.

Olgierd Budrewicz, Druga strona Księżyca. Przygody na wyspach Pacyfiku, Warszawa 2004, s. 12.

środa, 22 września 2010

My little mouth, my winter lungs, don't tell me what cannot be done

Look for me another day
I feel that I could change,
I feel that I could change.
There's a sudden joy that's like
a fish, a moving light;
I thought I saw it
rowing on the lakes of Canada

Oh laughing man
what have you won?
don't tell me what cannot be done.
my little mouth, my winter lungs
don't tell me what cannot be done,
cannot be done di-da-di-da de da da da de da...

Walking in the cirlce of a flashlight
someone starts to sing, to join in.
Talk of loneliness in quiet voices
I am shy but you can reach me.
rowing on the lakes of Canada
rowing on the lakes of Canada

Oh laughing man
what have you won?
don't tell me what cannot be done.
my little mouth, my winter lungs
don't tell me what cannot be done.
cannot be done di-da-di-da de da da da de da...

Look for me another time,
give me another day.
I feel that I could change

rowing on the lakes of Canada,
rowing on the lakes of Canada. 

Lakes of Canada, piosenka Innocence Mission

niedziela, 19 września 2010

Tenczyn

Zamek w okolicach Tęczynka. Dokładnie, to w Rudnie. Tenczyn. Ok. 25 km od Krakowa. Perełka (oczywiście nie jest to najpiękniejsze zdjęcie zamku, do którego dostęp jest wzbroniony). Zamek zwany "małym Wawelem" wymaga ogromnego nakładu pracy i środków finansowych. Potężna średniowieczna warownia przebudowana z renesansową fantazją. Bajeczne widoki, kiełbaski z grilla na podzamczu i pocztówki z pieczątką:-)

Wyczerpujący opis i historia zamku tutaj.

Stowarzyszenie "Ratuj Tenczyn".

poniedziałek, 13 września 2010

Zachody słońca


Chlebek już w dzieciństwie pasjonował się chmurami. Jedno ze dwóch zdjęć, z których wykonania czuł się najbardziej dumny, przedstawiało właśnie horyzont górskiej doliny tuż po zachodzie, z granatowym lasem i żółtoróżowym niebem przechodzącym w kolor niebieski. Poezja. Niby zachody to kicz, ale ja uwielbiam to dyniowo-różowe zestawienie kolorów. Niebo płonie, żyje, pulsuje. Chlebek jest typową sową, więc tak naprawdę raz czy dwa razy w życiu widział zachód słońca, ale się mu dobrze nie przyjrzał. To podobno bardzo podobne zjawisko i jakoby mogłoby mu się spodobać, ale dwa zachody jednego dnia to zbyt wiele.  Chwilowo okno wychodzi mi na zachód, więc co wieczór feria barw. Ale i za dnia zdarzają się pierzaste śliczności. A wszystko zaczęło się od badziewnie (no, nie używam takich słów, ale akurat ono najlepiej oddaje istotę rzeczy) zrealizowanego filmu "Miłość na wybiegu", w którym główny bohater pasjonuje się, rzekomo, fotografowaniem chmur. Podobno motyw ten pojawia się jeszcze w jakimś filmie, a na pewno fotografuje chmury Stefan Chwin. W każdym razie od czasu tego utworu filmopodobnego chlebek zaczął się zastanawiać nad ewentualnością fotografowania chmur. Trwa to już kilka miesięcy. Poza cudnymi zachodami, dojrzewam powoli do podjęcia trudu przypomnienia sobie kilku faktów o cirrusach, stratusach i ich kolegach.

czwartek, 9 września 2010

Celem mojego życia stało się przywrócenie marzeń


Celem mojego życia stało się przywrócenie marzeń i urzeczywistnianie ich, ciągłe przypominanie o tkwiących w nas nieograniczonych możliwościach, namawianie do wykorzystywania uśpionych mocy, które drzemią w każdym z nas.

Anthony Robbins, "Obudź w sobie olbrzyma"


I to mi się podoba!

środa, 8 września 2010

Mogielica 1170 m n.p.m.



Widok ze szczytowej wieży widokowej na pola jagodowe.

Ciekawe opowieści o Mogielicy na blogu Malinowe Ogrody, część druga tutaj.

Mój pierwszy, oficjalnie udokumentowany, zdobyty szczyt Korony Gór Polski.

Do zdobycia pozostało: 27 szczytów.

niedziela, 5 września 2010

Danzing Auschwitz

Przyzwyczailiśmy się, że dziś każdy ma swoją prawdę. W rezultacie jest ich wiele, ale nie zawsze umiemy innym prawdom przyznać prawo bytu. Jak z tolerancją w Polsce, której domagają się ateiści, równocześnie odmawiając jej katolikom.

Przyznam, że mam mieszane uczucia co do projektu Dancing Auschwitz, ale przesłanie tego filmu do mnie przemawia. Życie zwycięża, pnie się nieustannie do słońca, jak rachityczne kwiaty pomiędzy pytami betonowego rumowiska. Patrzcie, przeżyłem, moje wnuki tańczą ze mną w miejscu, w którym moje istnienie miało zostać anulowane.

Pamiętamy wszyscy, ale czy czegoś się nauczyliśmy?
Nie wszystko życie zostało zabrane, ocalone trzeba afirmować.

Film "Dancing Auschwitz".

Wypowiedź autorki, córki bohatera.


piątek, 3 września 2010

Ktoś mi chociaż powie, czy smakowało?


Saaacher... Pierwsze niemieckie słowo, które brzmi seksownie.

czwartek, 19 sierpnia 2010

Smacznego w językach świata!

Jako szanujący się kucharz uważałam, że powinnam umieć jeść pałeczkami - więc czasem śmigam patyczkami nawet polskie dania. Ostatnio doszłam też do wniosku, że powinnam umieć życzyć smacznego w różnych językach. Znalazłam świetną stronę: Omniglot. Writing systems and languages of the world, gdzie znajduje się wiele podstawowych wyrażeń w różnych językach świata, w tym właśnie "smacznego"! Żeby chociaż wzbudzić apetyt, wysłuchałam kilku (wiele słówek ma wymowę w postaci mp3!):

Afrykanerski: Smaaklike ete! [sma:klike jete, prawie po polsku!]

Arabski: bil-hanā' wa ash-shifā' [bil hana u szifa]

Chiński: sihk faahn [si:k faan]

Chorwacki: dobar tek!

Czeski: Dobrou chut'! [dobroł chuć]

Grecki: Kalí óreksi! [kali oreksi]

Hawajski: E 'ai kaua! [e a-i ka-u-a]

Hebrajski: b'tayavon [betavon] Odpowiedź: toda/rav todot

Hindi: āp kā khānā svādiṣṭa ho [no, to jest wyzwanie]

Hiszpański: ¡Buen provechio! ¡Buen apetito! [bułen provećio, bułen apetito]

Japoński: douzo meshiagare [wyrażenie używane przez kucharza, nie przez współbiesiadników; jak to się wymawia?]

I wiele, wiele innych. Można też wybrać konkretny język i sprawdzić podstawowe wyrażenia właśnie w tym języku, a to węgierskim, a to islandzkim, a może w zulu. I wszystkie mają przynajmniej kilka mp3. Kocham globalną wioskę.

Nie może zostać prawdziwym pisarzem czy publicystą ten, kto w głębi duszy nie jest samozwańcem.

Uzurpacja tylko w dziedzinie polityki jest czynem podejrzanym, w literaturze dopiero ona naprawdę nobilituje. Kto - jeśli łaska - był mocodawcą Woltera po jednej stronie kontynentu i Lwa Tołstoja po drugiej? Kto ich upoważnił do wyszydzania zastanych wartości i do ogłaszania własnych kodeksów? Kto dał młodemu Mickiewiczowi mandat na zakwestionowanie reguł artystycznych, ustalonych przez największe powagi europejskie?

"Pamiętnik", Paweł Jasienica, Warszawa 2007, s. 152-153.

Bardzo proszę pamiętać, że ja byłem przeciw.

Antoni Słonimski (1895-1976), poeta i felietonista.

O odwadze cywilnej

"Bez specjalnego szacunku traktujemy dziś takich, co się zasłaniają twierdzeniem: nie wiedzieliśmy. Cóż wobec tego należy myśleć o tych, którzy nie chcieli się dowiadywać? Bo takie między innymi znaczenie ma decyzja: nie myśleć".

"Pamiętnik", Paweł Jasienica, Warszawa 2007, s. 108.

Bliny

"W Rosji ówczesnej specjalnie nie dziwiły wypadki śmiertelnego skrętu kiszek wynikłego z nieumiarkowanego spożywania w zapusty blinów."

(wspomnienia autora z dzieciństwa w Rosji, dotyczy początku XX w.)

"Potrawa ta zrobiła ostatnio światową karierę. Wiem z osobistego doświadczenia, że za bardzo drogie pieniądze podają ją a to w Paryżu, a to w amerykańskich drugstorach. Kelner przynosi po dwie albo trzy sztuki pro personam... Eech! izmiełczał narod..."

(z roku 1970)

"Pamiętnik", Paweł Jasienica, Warszawa 2007, s. 40.

Promujmy nasze placki ziemniaczane, potato fritters, które w niektórych krajach już słusznie uchodzą za polską specjalność, tym bardziej, że nie trzeba żadnych egzotycznych składników, aby je przyrządzić!

piątek, 6 sierpnia 2010

"W pewnych okolicznościach postępowanie logiczne może się okazać karygodną lekkomyślnością.

Nie wiem, nikt nie może mi zaręczyć, jaki będzie los tych pokrytych pismem kartek, czemu i komu one posłużą. Mój dom wcale nie jest moją twierdzą. Nie jestem panem szuflady własnego biurka."

5 stycznia 1970 r.

Pamiętnik, Paweł Jasienica, Warszawa 2007.

środa, 4 sierpnia 2010

"Karmel wznosi się ponad niepokoje życia, ponad burzliwe sztormy tego świata.

Jego samotność jest poza zasięgiem życia gorączkowego i ulegającego kaprysom; jest otoczony Bożym pokojem."

Carmelite Mysticism. Historical Sketches, Illinois 1986, s. 1.

Do doczytania na stronie Krakowskiej Prowincji Karmelitów Bosych.

"Dzieci mają tylko żyć, dorośli tylko walczyć."

Lew Tołstoj

www.sercemaksa.pl

wtorek, 6 lipca 2010

Wino okalecza, jest chirurgiczne, przeobraża i wybawia; mleko jest kosmetyczne, łączy przykrywa, przywraca.

Ponadto jego czystość, kojarzona z niewinnością dziecka, jest oznaką siły - nie tej odpychającej, blokującej, lecz siły spokojnej, białej, przejrzystej, równej rzeczywistości.

Mitologie, Roland Barthes, Warszawa 2000.

piątek, 2 lipca 2010

Dzieje głupoty w Polsce.

Pamfelty dziejopisarskie, Aleksander Bocheński, wyd. 1947, 1988, 1988, 1996.

Podobno wcale nie o głupocie, ale o cynizmie. Odświeżające spojrzenie na naszą narodową historię.

wtorek, 29 czerwca 2010

"Najbardziej fascynującym aspektem badania historii kulinariów jest odkrywanie...

... jak zwykli ludzie, za pomocą fizycznej i wyobraźni, szukali sposobu, aby przekształcić męki głodu i lęk przed biedą w ewentualną przyjemność."

(Italian Cuisine: A Cultural History, Alberto Capatti, Massimo Montanari, Nowy Jork 2003, cytat zamieszczony w książce Cristiny Mazzoni)

Wenecja, XVI w.: "Klasztor trwoni połowę całego jedzenia, bo zakonnice ciągle i w ogromnych ilościach pieką herbatniki, ciasta, pączki i placki z owocami".

Kobiety w Bożej kuchni, Cristina Mazzoni, Warszawa 2005.

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Pūhā ka honu, ua awakea.

Gdy żółw zacznie oddychać, jest już południe.

Przysłowie hawajskie.

Wyspy Hawajskie. Język i tradycja, Tadeusz Szczerbowski, Kraków 2006.

Właściwie chodzi o to, żeby ziewającej, rozleniwionej osobie uzmysłowić, że oto dosyć wylegiwania i czas zabrać się do pracy. Coś jak połączenie "Kto rano wstaje..." z "Bez pracy nie ma kołaczy" w wersji pacyficznej. Honu występuje także w języku maoryskim, jako ten sam gad. Pūhānie dotyczy właściwie beknięcia, ale jak to brzmi... Poza tym, czy ktoś widział bekającego żółwia?


niedziela, 27 czerwca 2010

Chleb jest radością głodujących

"Piekło głodujących na tym polega, że im bliżej są chleba, tym lepiej rozumieją, iż jeszcze go nie dosięgli. Ich tęsknota za chlebem rośnie, on bowiem jest ich radością."

Traktat o czyśccu, Katarzyna z Genui

wtorek, 22 czerwca 2010

"Ziemia to wódz, człowiek to sługa."

Przysłowie hawajskie.

Wyspy Hawajskie. Język i tradycja, Tadeusz Szczerbowski, Kraków 2006.

niedziela, 20 czerwca 2010

Trendy w ogrodnictwie 2010!

Najpopularniejsze w tym roku trendy w ogrodnictwie według "Global Garden Report 2010", przygotowanego na zlecenie Husqvarny (jedyny minus to fakt, że zbudowany w oparciu o opinie "internetowych ogrodników" - nie wiadomo, jak poczynają sobie oni w ziemskich warunkach).

1. Ogród warzywny - najbardziej popularny trend w 2010 r., nie tylko na czasy kryzysu.

2. Ogród organiczny - ekologiczny.

3. Ogród dla duszy - o funkcji relaksacyjnej.

4. Ogród designerski - popis umiejętności sadowniczych i możliwości finansowych.

5. Dziki ogród - dla leniwców, naturystów i zakorzenionych w duchowości franciszkańskiej.

6. Ogród dla towarzyskich - główna funkcja to miejsce spotkań z rodziną i przyjaciółmi.

7. Ogród miejski - doniczkowy survival na blokowym balkonie lub tarasie.

8. Bujny ogród - dla pracowitych ogrodników, wypielęgnowana wersja raju.

9. Ogród w pudełku - ogród miejski w miniaturze.

10. Szklarnia - w założeniu dla majętnych w celach hodowli prestiżowych, egzotycznych roślinek - zdaje się przy tworzeniu tych wyznaczników nie wzięto pod uwagę polskiej miłości do pomidorów.

Widać tendencję internetowych ogrodników to maksymalizacji efektu przy minimalnym nakładzie pracy. Wyraźnie dostrzegalne jest też pragnienie dzisiejszego człowieka, aby każde jego działanie, nawet najbardziej prozaiczne, było celowo i odzwierciedlało jego osobowość. Skądinąd wyniki raportu Husqvarny, dotyczące preferencji Polaków, nie znajdują potwierdzenia w doświadczeniach polskich architektów zieleni, za wyjątkiem żądzy posiadania warzywniaka (3. najbardziej popularny typ wśród polskich internautów) i towarzyskiej funkcji ogrodu (2. miejsce). Designerski 1., najbardziej popularnym ogrodem w polskiej sieci - ciekawe, czy głosujący mają obok laptopa chociaż kaktusa w mieszkaniu. Może mają coś w stylu postcarden, miniaturowego ogródka w... pocztówce - paranoja.


Mnie się roślinki nie udają, zawsze jakieś takie słabowite, krzywe, prędzej czy później usychają albo gniją, za wyjątkiem: kiełków i ukochanego kaktusa. Ale kiedyś będę mieć warzywniak i porządny kawał ziemi, na którym będziemy z mężem wypasać dzieciaki i przyjmować gości.

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Znakomita, jędrna proza - dla wielbicieli życia i biologów

Tak napisał o tej książce Aleksander Bahan.

Kariera na trzy karpie morskie, Roman Antoszewski, Warszawa 2000.

I to prawda. Podobnie, jak określenie Olgierda Budrewicza, że jest to "fikcja dokumentalna". I Tadeusza Lewandowskiego o "kipiących namiętnościach". I wprowadzenie wydawcy: początek powieści cechuje realizm obyczajowy czasów PRL-u, wraz z rozwojem wydarzeń narasta groteska, a ironia autora utrzymuje wysoki poziom, zaś zakończenie utrzymano w stylu latynoamerykańskiego realizmu magicznego.

To świetna książka, pełna wnikliwych obserwacji ludzkich charakterów, i świadectwo wielkiej wrażliwości na świat flory - autor jest wszak fizjologiem roślin. I to, że książka ma 660 stron, nie stanowi żadnej bariery. Lektura pochłania, i żal po prostu, że zastaje nas koniec... Fragmenty powieści dostępne są na stronie internetowej autora. Autor prowadzi również osobisty spis ciekawych informacji o świecie, zwanych przez niego "zdziwieniami", zbliżonych konwencją do naszego zbioru chlebkowego. Polecam te zdziwienia które naprawdę rozjaśniają serce i umysł. Na przykład, z maja, dlaczego Bóg nie ma doktoratu...

To może jeszcze fragment na zachętę, sam początek:
Zaczęło się wszystko od mikroskopu pani Trzepuchowskiej (...). Były to pierwsze dni wojny.

[No lepsze niż Gunter Grass! I ze środka, na apetyt:]

Niektóre rośliny poszły dalej - uciekły się do perfidii. Wzięły człowieka ciupasem w niewolę i tak wyszła ta cała heca z alkoholizmem i narkotykami. Tak długo dopasowywały skład swoich soków i zawartość nasion, tak długo studiowały słabości ludzkiej i zwierzęcej psychiki, że tylko liźniesz, tylko raz posmakujesz, a już będziesz chciał tego zawsze, staniesz się prawdziwym niewolnikiem tak niewinnej z pozoru rośliny jak kawa, mak, koka i zrobisz wszystko, by miała ona właściwe warunki rozwoju, zniszczysz dżungle, pola uprawne pszenicy, przemorzysz głodem pół narodu, a narkotyk musisz mieć. A z punktu widzenia roślin taniej produkować kilka miligramów narkotyków niż kilogramy cukru lub białka (...). Jest jednak pewna strona życia roślin, moim zdaniem, szokująca i nieco niepokojąca. Otóż w kwiecie lilii, symbolu niewinności, czy setkach tysięcy kwiatów, jakimi zwykła pokrywać się wiosną np. czereśnia, odbywa się proces, który trzeba nazwać bratożerstwem (...). Ja nie starałem się świata roślin oceniać. Zdumiewałem się tylko, jak odmienny to świat.

[s. 254-255]
[Kończę, bo takich soczystych kawałków, nie tylko o roślinach, są setki. To jedna z niewielu książek, do których wracam i nigdy się nią nie nudzę.]

piątek, 11 czerwca 2010

Polak w baroku

Człowiek polskiego baroku, Zbigniew Kuchowicz, Łódź 1992.

Fenomenalna książka z racji spojrzenia na Polaków z XVII-XVIII w. z perspektywy uwarunkowań biologicznych (mocne inspiracje metodologią Ferdynanda Braudela), a także z położenia nacisku na praktycyzm i afirmację życia. Okazuje się, że dzisiejsi Polacy mentalnością są bliżsi właśnie czasom baroku, niż oświecenia czy romantyzmu!


Farfałki staropolskie, Andrzej Hamerliński-Dzierożyński, Warszawa 1982.

Autor jest mistrzem barwnej, zajmującej opowieści, chyba nie ma już takich krasomówców! Lektura arcyciekawa, pełna anegdot i kąśliwych uwag. Dziedzictwo barokowe przedstawione z przymrużeniem oka. Lżejsza, krótsza, poruszająca w króciótkich esejach większą ilość wątków, niż książka Kuchowicza. Z rysunkami nieodżałowanego Szymona Kobylińskiego. Farfałki to drobiazgi, bagatle, supełki na tkaninie codziennego życia.

A ile pozycji z bibliografii woła o przeczytanie...!

wtorek, 1 czerwca 2010

Pospolicie białegłowy nie umieją miary w życiu i obyczajach zachować...

...ale się nakłaniają abo na tę, abo na ową stronę. Gdy kogo miłują, miłują bez miary, gdy kogo nienawidzą, nienawidzą i gniewają się bez miary, kiedy poczną być dobrymi, tak że świętymi zostają.

Szymon Starowolski, Świątnica pańska zawierająca w sobie kazania na uroczystości świąt całego roku, Kraków 1682.

sobota, 29 maja 2010

Jadalne czy nie?

Można pisać prace naukowe o grzybkach. Ta właśnie najbardziej mnie zaskoczyła oryginalnym tematem i naukowym opisaniem spraw jak najbardziej przyziemnych:

"Rola muchomora czerwonego w kulturach plemiennych dawnej Syberii" - Mateusz Zięborak.

piątek, 14 maja 2010

Kilka słów o winie

Powiedzenie "in vino veritas" odnosi się przede wszystkim ziemi, na której uprawiana była dana winorośl.

Naukę edukacji winnej lepiej zacząć od win białych, lekkich, nawet słodkich (muscat, chardonnay, sancerre). Potem łagodne owocowe wina czerwone (np. Beaujolais Nouveau, wina z doliny Loary) i na końcu dopiero te cięższe, zawierające dużo taniny.

Sommelier to nie ktoś, kto dużo pije, ale ten, kto dużo degustuje!

Jak wyczuć aromat truskawki, który miesza się w winie z innymi smakami.... Pamiętać, który rocznik był bardziej mniej nasłoneczniony, który zostawił nutkę świeżości na końcu...

Jaka jest charakterystyka rocznika 1943 w regionie Bordeaux? (pytanie z testu na najlepszego sommeliera świata) - trzeba jeszcze wygłosić wykład na temat podanego wina, którego nazwy wcześniej się nie zna...

W łączeniu wina z jedzeniem często sztuka polega na łamaniu zasad, którymi się posługujemy przy doborze win do posiłków... (tuńczyk-lekkie wino czerwone jest w porządku!)

Na podstawie wywiadu Rzeczpospolitej z 27-28.o2.2010 z sommelierem Phillipem Faure-Brac.

"Generał i jego armia"

Gieorgija Władimowa - podobno najlepsza rosyjska powieść 2. połowy XX wieku.
Ktoś ją czytał?

czwartek, 13 maja 2010

wtorek, 27 kwietnia 2010

niedziela, 25 kwietnia 2010

Maratony miejskie

Żeby nie było - jestem osobą, która w życiu ani razu nie przebiegła naokoło wielkiej krakowskiej łąki, czyli Błoń. Zasadniczo uważam, że sport szkodzi zdrowiu, i akceptuję tylko te formy ruchu, które bezpośrednio nie służą samemu ruszaniu się. Czyli na przykład chodzenie po górach, gdzie ruch odbywa się jakby mimochodem, czy jazda na rolkach, kiedy można prowadzić przyjemną konwersację, równocześnie pchając przed sobą wózek z potomkiem (podczas gdy mijają nas całe tabuny biegaczy z językami na wierzchu) albo na przykład taniec. Chociaż podziwiam determinację, kondycję i figurę biegaczy. Taki maraton to wisienka na torcie dla biegacza, nagroda za całoroczne treningi. Obserwowałam dziś taki maraton, falujące morze głów, ludzi podskakujących rytmicznie w oddali i zasuwających przed moimi oczami. Tegoroczny, IX Cracovia Maraton (42,195 km) zgromadził rekordową liczbę 3096 uczestników. Fajne jest uczucie współuczestnictwa w tym, co się wokół nas dzieje. Więc staliśmy sobie i biliśmy brawo przy trasie. Jeszcze nigdy w życiu nie usłyszałam tyle razy "dziękuję" w ciągu jednej godziny, nie mówiąc o machaniu i uśmiechach otrzymanych całkiem za darmo przez wycieńczonych przecież, a obcych zupełnie ludzi. Oczywiście ręce miałam czerwone jak buraki i łokcie też się później odezwały. Ale warto było dla tej wdzięczności. Taka miła odmiana od ustępowania miejsca staruszkom w autobusie.

W gruncie rzeczy zawsze chodzi o to samo. Żeby zejść trochę ze swojego pola i pozwolić tam wejść komuś innemu.

piątek, 23 kwietnia 2010

Post-crossing

Chlebek zaczyna wysyłać kartki pocztowe. O post-crossingu dowiedział się od znajomej i tak od chlebka dowiedziało się kilkoro następnych osób. Idea jest taka: wysyłasz pocztówkę do wylosowanej osoby, a w zamian otrzymujesz pocztówkę od osoby, która wylosowała ciebie - czyli nigdy nie wiesz, skąd nadejdzie niespodzianka!!! Można poinformować nadawcę o tym, jakie pocztówki się lubi i jakie najbardziej chciałoby się dostać. Można poznać nowych ludzi i naprawdę zwiedzać świat!

www.postcrossing.com


poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Proces wychowywania ma być procesem uwrażliwienia człowieka na wartości...

... stąd konieczność pokazania wzorca postępowania i przekazania norm etycznych, a także potrzeba uwrażliwienia na potrzeby świata, ludzkości.

Wanda Półtawska, By rodzina była Bogiem silna
-rozważania na kanwie Listu do rodzin Jana Pawła II (1994)

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Bóg, Honor, Ojczyzna

W czasach napoleońskich używano słów "Honor i ojczyzna". Szersza forma jako dewiza Wojska Polskiego została wprowadzona rozkazem w 1943 r., a potwierdzona ustawą dopiero w 1993 r.

Słowa te tak rzadko pojawiają się dzisiaj w wyborach codziennego życia, kiedy trzeba zaczekać na kolejne zielone światło, zamiast przebiegać na czerwonym, kiedy trzeba podejść dziesięć metrów do kosza, żeby wyrzucić papierek, kiedy można by ustąpić miejsca starszym lub chorym w autobusie, kiedy jedziemy na egzotyczne wakacje zamiast pokazać dzieciom, że trzeba złożyć kwiaty pod pomnikiem bohaterów w dniach rocznic narodowych, kiedy przeklinamy na ulicach własnego kraju, a nawet dajemy w ten sposób świadectwo za granicą, kiedy nie szanujemy prawa i jego przedstawicieli, tych najwyższych i tych najniższych, kiedy żądamy tolerancji odmawiając jej innym, kiedy żądamy wolności, ale nie potrafimy być odpowiedzialnymi w wolności, kiedy nie szukamy dobra i nie pracujemy, mając dobro na celu.

Wierzę głęboko, że ci, którzy zginęli 10 kwietnia 2010 r. ,właśnie tak nie żyli. Ta śmierć uczy nas tak wiele. Każdy z nas czuje w głębi duszy, gdzie zawinił w codzienności. Radykalizm tej ofiary uzmysławia naszą własną letniość, tchórzostwo, słabość. Tam, gdzie był właśnie i Bóg, i Honor, i Ojczyzna.

Umarło serce Polski. Umarł mój Prezydent. Cześć ich pamięci!

czwartek, 8 kwietnia 2010

"Szkodnik miesiąca"

Sekretariat Wspólnoty Pacyfiku przez jakiś czas publikował artykuły pod ciekawym tytułem, właśnie pod tytułem "Szkodnik miesiąca". Marketingu można pozazdrościć!

Lista kilku archiwalnych, jakże przydatnych, tekstów znajduje się tutaj.

Roślinom na Pacyfiku szkodzą nie tylko tarczniki, chrząszcze, karaluchy, muszki czy złośliwe szalone mrówki, ale i wodne hiacynty.

Dużo, dużo jest do zrobienia.

wtorek, 6 kwietnia 2010

sobota, 27 marca 2010

...a jedyny powód bzykania, jaki ja znam, to ten, że się jest pszczołą.

"Szkoła menedżerów Kubusia Puchatka" Rogera E. Allena czyli Kubuś Puchatek o zarządzaniu. Ten motyw z pszczołami to moja klasyka, a tu doszedł obraz Misia obsesyjnie, zarówno podświadomie, jak i z premedytacją, w każdej sytuacji i w każdym towarzystwie dążącego do napełnienia swego brzucha. Nie wiem, czy w pracy dobrego menedżera chodzi o to, żeby niezauważalnie dla innych najeść się ich kosztem tak, aby nie naruszyć własnych zapasów miodu. Z tą książką tak będzie mi się odtąd kojarzył Puchatek. Znalazło się też kilka ciekawych uwag i oczywiście przypomniało się kilka interesujących opowieści.

Na przykład teoria zarządzania X Douglasa McGregora ("Ludzka strona przedsiębiorczości") zakłada, że ludzie z natury są leniwi i pracują tylko dlatego, że muszą, stąd trzeba ich nieustannie pilnować i kierować nimi.

Z kolei teoria Y tego samego autora mówi, że ludzie mają potrzebę pracy, samodzielności, brania odpowiedzialności na siebie. Dlatego wolą pracować samodzielnie.

Pracodawców jest łatwo zaklasyfikować do zwolenników danej teorii, prawda?

A w pracy, jak w magazynie, jak się dowiedziałam ze świetnego kubka firmy Connect Poland, łatwiej się zgubić/ukryć, niż odnaleźć. Uh, właśnie pracowników X dotyczy to zdanie i stąd biorą się szefowie tyrani, którzy nie pozwalają Y rozwijać swojego potencjału, dla dobra firmy przecież!


Przechodzimy do ważniejszych rzeczy, otóż dowiedziałam się również (to od A.A. Milne), że "Tygrysy nigdy nie bywają Smutne. One przechodzą przez to ze Zdumiewającą Szybkością". I że "Tygrysy bardzo dobrze umieją dobrze wyglądać" i "znajdywać się". Więc... skoro tygrysy dlatego, że są po prostu tygrysami, bardzo dobrze umieją na różne sposoby być... to i chlebki umieją bardzo dobrze wyglądać, znajdywać się i robić wiele innych rzeczy!

Nie zaszkodzi jednak trochę samodoskonalenia metodą Benjamina Franklina. Mianowicie należy stworzyć sobie własną, osobistą listę cech i umiejętności, które będą mi niezbędne, aby osiągnąć sukces. Co wieczór trzeba wracać do listy i wystawić sobie ocenę z danego dnia. W ten sposób na bieżąco śledzimy swoje postępy i przypominamy sobie, co jest istotne. To jest bardzo dobre ćwiczenie.

Jest też rada na nieprzewidziane trudności, pokrzepiające lekarstwo, złota, skrzydlata mądrość warta podania dalej. Dobrnęliśmy do opowiastki, w której to Kubuś tak się objadł u Królika, że utknął w drzwiach frontowych jego domu. Konieczna była tygodniowa głodówka. I co w tym czasie miał robić Miś?! Poprosił przyjaciół, aby podtrzymywali go na duchu... Spraw Panie, abyśmy zawsze mieli przyjaciół, którzy w potrzebie poczytają nam książkę kucharską!


czwartek, 25 marca 2010

25 marca

Dzień Świętości Życia

Polska

Temat 2010 r.: "Głosimy Ewangelię życia"!

środa, 24 marca 2010

24 marca

Narodowy Dzień Życia

Polska

Temat 2010: Dziadki - dziatkom!

http://www.dzienzycia.pl/

wtorek, 23 marca 2010

Polska w filmie

Polska kinematografia ma się całkiem dobrze. Zależy, czego się od niej oczekuje. Ostatnio oglądam te polskie filmy z zadowoleniem. Dlaczego? Fabuła, jak zawsze, szwankuje, ale widać w nich Polskę. Nie tylko historię, martyrologię, patologie i absurdy, ale miejsca, pola, budowle, ulice, chmury.

I tą filmową Polskę zamkniętą (a może uwolnioną?) w metaforach na trzydziestu pięciu milimetrach można odwiedzić na urlopie. Zamiast tych Paryżów i Kanarów. Myślę, że lista według filmów będzie bardziej intrygująca niż według miejscowości, których nazwy same z siebie niewielu się kojarzą. A już krajobrazy z takiego "Wina truskawkowego", a jakże! Lista jest jak najbardziej subiektywna i ograniczona ignorancją autora.

"Drzazgi", Maciej Pieprzyca, 2008 - Katowice, Ruda Śląska, Zabrze, Gliwice, Chorzów grają przekrojowe wielowymiarowe śląskie miasto-miasteczko. Śląsk. Na tym filmie nie wygląda to nawet tak strasznie. Nawet patologie są uczesane, a co dopiero hałdeczki i familoki. To polecam Muzeum Śląskie w Katowicach (rewelacyjna strona internetowa). Ruda Śląska - tu znajduje sie kopalnia Halemba. Zabrze - można zwiedzić zabytkową kopalnię węgla kamiennego "Guido". Gliwice - radiostacja gliwicka, 111 m wysokości - najwyższa budowla na świecie zbudowana w całości z drewna, też miejsce prowokacji gliwickiej 1939 r. Chorzów - Stadion Śląski, Planetarium Śląskie, Górnośląski Park Etnograficzny, Park Dinozaurów, zoo. Jeszcze zdążyłam się przejechać jedyną w Europie nizinną kolejką linową (działała 1967-2007 r.)

Korowód, Jerzy Stuhr, 2007 - Warszawa, Kraków, Rzeszów i Bieszczady (okolice Połoniny Caryńskiej). Ze wszystkich miejsc w filmie tylko Rzeszów, Bieszczady i Majorka wiedzą, gdzie leżą. Z niewiadomych powodów dentystka, która wydaje się mieszkać w Warszawie, leczy studentkę z Krakowa, więc w sumie nie wiadomo, gdzie idą na kawę, chyba że się zna ten lokal. Widać dobrze Kościół Św. Andrzeja (romański!!!) i kościół świętych Piotra i Pawła (tu akurat anonimowo, choć zagrał znaczący epizod w "Karol - człowiek, który został papieżem"). Szkoda, że nie pokazano kościoła św. Idziego ani posągu Piotra Skargi autorstwa Czesława Dźwigaja, bo i blisko, i ładne. No i Rzeszów, Rzeszów - odtąd celem wypraw turystycznych może stać się dworzec autobusowy i hotel Prezydencki. Ale można się skusić na Podziemną Trasę Turystyczną na starym mieście. Jest tu też zamek (z XX w.! - bez komentarza) i letnia rezydencja Lubomirskich (XVII w.) projektu Tylmana z Gameren.

"U Pana Boga za miedzą", Jacek Bromski, 2009 - rola miejscowości Królowy Most grana przez Supraśl, Tykocin i Sokółkę, czyli Podlasie. Supraśl 16 km na wschód od Białegostoku. Tykocin 30 km jakoś na północny zachód. Supraśl - Puszcza Knyszyńska i pluralizm religijny polski. Tykocin - jest zamek, choć młody (XV w.) i zbyt dobrze zachowany, jak na moje preferencje i muzeum kultury żydowskiej. Sokółka 40 km bardzo na północny wschód. A Królowy Most, no cóż, istnieje też naprawdę. 20 km na zachód od centrum Białegostoku. I wszędzie warto zajrzeć. Sokółka, "ta" Sokółka stanowi początek turystycznego szlaku tatarskiego.

"Wino truskawkowe", Dariusz Jabłoński, 2008 - Jaśliska (koniec świata między Duklą - 17 km a Komańczą - 27 km) i Dukla. Podkarpacie. Miejscowości te odtwarzają rolę wioski Żłobiska.
Aż trudno uwierzyć, że Jaśliska w latach 1366-1934 posiadały prawa miejskie!!!Tędy toczyło się do Rzeczpospolitej węgierskie wino. Obecnie między innymi: piękna świątynia z cudownym obrazem Królowej Nieba i Ziemi. I żydowski cmentarz. A Dukla, perła sama w sobie, chociażby ze względu na znaleziska monet rzymskich, na Świętego Jana z Dukli (XV w.) i walk o przełęcz dukielską (1914, 1944). No i ten czas, cykliczny.

c.d.n.

wtorek, 16 marca 2010

poniedziałek, 15 marca 2010

niedziela, 14 marca 2010

Kto śpi, nie grzeszy

Kto śpi, nie grzeszy, więc, miła osobo,
nie będzie grzechu, gdy prześpię się z tobą.

Jan Izydor Sztaudynger.

piątek, 12 marca 2010

środa, 10 marca 2010

Prosiaczek był tak przejęty myślą o tym, że może się przydać, że zapomniał się bać.

Panie, pragnę Ci podziękować

Panie, pragnę Ci podziękować,
ponieważ dzisiaj się zbudziłam i wiem gdzie są moi najbliżsi;
ponieważ tego poranka mój dom stoi na fundamentach;
ponieważ tego poranka nie płaczę za moimi dziećmi, moim mężem, rodzicami, bratem lub siostrą, którzy potrzebują ratunku pod zwałami betonu;
ponieważ tego ranka mogłam wypić szklankę wody,
ponieważ tego ranka nie muszę organizować pogrzebu,
a przede wszystkim dziękuję Ci Panie, że nadal żyję i posiadam, głos by modlić się za mieszkańców Chile.
Panie, proszę Cię,
Jedynego, który niemożliwe czyni możliwym,
Jedynego, który ciemność przekształca w światło;
proszę Cię, abyś dał siłę tym matkom,
byś dał im pokój który przewyższa wszelkie rozumienie,
abyś otworzył drogi, którymi dotrze pomoc,
abyś sprowadził lekarzy, pielęgniarki, jedzenie, wodę, i wszystko czego potrzebują w tym momencie.
Tym, którzy stracili swe rodziny, daj pokój, nadzieję i odwagę, aby mogli żyć dalej.
Osłaniaj swą mocą dzieci.
Proszę Cię o to w imię Jezusa!!!
Amen.

Modlitwa w intencji ofiar trzęsienia ziemi ułożona przez mieszkańców Wyspy Wielkanocnej po tragedii mieszkańców wyspy Juan Fernandez, która ucierpiała w wyniku wywołanego przez trzęsienia ziemi w Chile tsunami, w lutym 2010 r. Tłumaczenie Zdzisław Jan Ryn.

wtorek, 9 marca 2010

La vera gioia

La vera gioia nasce nella pace,
la vera gioia non consuma il cuore,
è come fuoco con il suo calore
e dona vita quando il cuore muore;
la vera gioia costruisce il mondo
e porta luce nell’oscurità.

La vera gioia nasce dalla luce,
che splende viva in un cuore puro,
la verità sostiene la sua fiamma
perciò non teme ombra né menzogna,
la vera gioia libera il tuo cuore,
ti rende canto nella libertà.

La vera gioia vola sopra il mondo
ed il peccato non potrà fermarla,
le sue ali splendono di grazia,
dono di Cristo e della sua salvezza
e tutti unisce come in un abbraccio
e tutti ama nella carità.

Marco Frisina