poniedziałek, 13 września 2010

Zachody słońca


Chlebek już w dzieciństwie pasjonował się chmurami. Jedno ze dwóch zdjęć, z których wykonania czuł się najbardziej dumny, przedstawiało właśnie horyzont górskiej doliny tuż po zachodzie, z granatowym lasem i żółtoróżowym niebem przechodzącym w kolor niebieski. Poezja. Niby zachody to kicz, ale ja uwielbiam to dyniowo-różowe zestawienie kolorów. Niebo płonie, żyje, pulsuje. Chlebek jest typową sową, więc tak naprawdę raz czy dwa razy w życiu widział zachód słońca, ale się mu dobrze nie przyjrzał. To podobno bardzo podobne zjawisko i jakoby mogłoby mu się spodobać, ale dwa zachody jednego dnia to zbyt wiele.  Chwilowo okno wychodzi mi na zachód, więc co wieczór feria barw. Ale i za dnia zdarzają się pierzaste śliczności. A wszystko zaczęło się od badziewnie (no, nie używam takich słów, ale akurat ono najlepiej oddaje istotę rzeczy) zrealizowanego filmu "Miłość na wybiegu", w którym główny bohater pasjonuje się, rzekomo, fotografowaniem chmur. Podobno motyw ten pojawia się jeszcze w jakimś filmie, a na pewno fotografuje chmury Stefan Chwin. W każdym razie od czasu tego utworu filmopodobnego chlebek zaczął się zastanawiać nad ewentualnością fotografowania chmur. Trwa to już kilka miesięcy. Poza cudnymi zachodami, dojrzewam powoli do podjęcia trudu przypomnienia sobie kilku faktów o cirrusach, stratusach i ich kolegach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz