Uahahahaha. Ale się dziś koledzy uśmiali, zastanawiając się, co też dzisiaj ugotowałam na obiad. Typowali coś w stylu "pikantnych kotlecików zawijanych w liście bananowe, podanych z sosem kokosowym i papają". Cudzysłów jest tu istotny - wyraża nieskrywaną ironię i drwinę. Cóż, dzisiaj na obiad było zwyczajne sushi.Nie, nie potrafię ugotować "czegoś zwykłego". Nie umiem nie zmienić przepisu. Nie lubię gotować żurków, grochówek, schabowych. Mieszankę przypraw do kurczaka kupiłam w nadziei, że może się do czegoś przyda coś, co jest powszechne w polskich kuchniach. Stoi sobie nietknięta obok szafranu i kolendry - niemielonej.
Dawno, dawno temu, ale nie tak wiele kuchni wstecz, spowodowałam wielką aferę (w sumie spowodował ją cukiernik-dyktator), dodając goździki do szarlotki. "Kto dodaje goździki do szarlotki?!" - pytano. Hm, ja dodaję zawsze... A wy nie?! Wstyd, czy nie, tego dnia otrzymałam ciasteczko z wróżbą, mówiące mniej więcej: Rób to, co uważasz za słuszne, chociażby inni tego nie rozumieli, a osiągniesz sukces.
Więc zamiast się dziwić, spróbujcie dziś zagęścić zupę pomidorową mąką wymieszaną z mlekiem kokosowym. Całkiem inny świat.
PS. Kwiatek jest na przekór znudzonym życiem;-)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz